Od Garbusa do opony po Mercedesie. Wszystkie pojazdy Tadeusza Brosia.

Tadeusza Brosia moje pokolenie kojarzy w najlepszym wypadku jako tako. Pokolenia starsze znają tę postać doskonale. Młodsze od mojego raczej nawet nie słyszały. Po raz kolejny chce się rzec: a szkoda!

Mówili na niego „Pan Teleranek”. I rzeczywiście, był twarzą Teleranka przez kilkanaście lat. Ale Tadeusz Broś to również konferansjer wyborów Miss Polonia i festiwalu w Opolu. Redaktor popularnego Roweru Błażeja i aktor Teatru Syrena. Twórca telewizyjnych dokumentów i „odkrywca” Majki Jeżowskiej. Aż trudno uwierzyć, że z takim portfolio w ostatnim okresie życia Broś wcielił się w rolę… taksówkarza. I nie była to kreacja w najmniejszym stopniu artystyczna.

Los Tadeusza Brosia to typowa historia dająca się opisać słowami: „od pucybuta do milionera”. Z tym, że symboliczny milioner (w przeciwieństwie do dzisiejszego bohatera) nie wracał zazwyczaj do mało ambitnej roli pucybuta. Pan Teleranek nigdy nie ukrywał, że pochodził z prowincji. Wychował się w domu pełnym serwowanej przez ojczyma przemocy i, co podkreślał, nigdzie nie mógł znaleźć sobie miejsca. Zmieniał wciąż i szkoły i adresy zamieszkania. Nawet gdy zaczynał przygodę z aktorstwem, zdążył zaliczyć kilka teatrów, kilka autorskich kabaretów. Rola prowincjonalnego aktora nie do końca mu jednak odpowiadała. Wciąż szukał, aż w końcu przypadkiem został konferansjerem… Hanki Bielickiej. Broś twierdził z pełnym przekonaniem, że jego życiem rządzi przypadek. Jak mawiał, przypadki są dobre lub złe i  w tym cały szkopuł, by o dobre dbać, a złe eliminować. Zrządzenie losu sprawiło, że sprawdzony konferansjer Bielickiej dał plamę i nie mógł pojawić się na występie gwiazdy. Niedyspozycja zapowiadacza mało artystkę obchodziła, a odwołanie występu nie wchodziło rzecz jasna w grę. Dyrektor teatru jako zastępcę zaproponował Tadeusza Brosia. A potem już poszło.

Twierdził, że występować lubił od małego. Urodzony w 1949 roku Broś jako dziecko często podróżował autobusem. Mama sadzała go na silniku obok kierowcy, a on dawał swe dziecięce popisy, które nie tylko go nie onieśmielały, ale sprawiały dużą frajdę.

Pierwszy samochód kupił przed 25. rokiem życia. Zakup umożliwiły pieniądze zarobione w teatrze. Wybór padł na Volkswagena Garbusa z roku 1968. Co istotne, Garbus zagościł u przyszłego prezentera zanim ten wyrobił sobie prawo jazdy. Uprawnienia, owszem, zdobył, ale… eksternistycznie. Egzaminatorzy musieli być zresztą mocno zdziwieni gdy zobaczyli „kursanta” podjeżdżającego pod ośrodek własnym samochodem.


VW Garbus. Czy z 1968 roku? Nie wiem. Ale
w Garbusach nie ma to wielkiego znaczenia.

Wraz z biegiem czasu poczciwy Garbus ulegał ogólnemu zużyciu. Pewnego razu po prostu zgasł. Nie że silnik. Padło wszystko, od motoru po najmniejszy wskaźnik i najdrobniejszą żarówkę. Broś nie zamierzał ukrywać, że na samochodach zna się tyle co i nic, a jeśli już coś ma przy aucie robić, to proszę bardzo – może zatankować. Zgaszone auto nie potoczyło się za daleko, szczęśliwie jednak wytracając resztki prędkości nieopodal stacji benzynowej. Po spacerze krótkim, acz naznaczonym intensywnym deszczem, nieszczęsnemu kierowcy poradzono sprawdzenie bezpieczników oraz klem na akumulatorze. Nie bez kłopotów odkrył skrzynkę z bezpiecznikami. Wymiana jednak nic nie dała. Nie ma rady – drugi kurs na stację. Wciąż w rzęsistym deszczu. Nawiasem mówiąc, tego typu historie zazwyczaj dzieją gdy na dworze albo leje, albo szaleje dzika śnieżyca, ostatecznie w trakcie nieludzkich upałów. Bezradny Broś wszedł na tę samą stację meldując pracownikom, że wymiana bezpieczników nie pomogła, a klemy to za Chiny nie wie gdzie są. Panowie uprzejmie wytłumaczyli, że są tam gdzie akumulator, bo to do niego przecież są podłączone. Po dotarciu do pojazdu młody aktor otworzył klapę (w końcu Garbusy mają silnik z tyłu) – akumulatora brak. Otworzył maskę – akumulatora brak. Mnie by szlag trafił, ale pan Tadeusz niestrudzenie po raz trzeci idzie w deszczu na przeklętą stację i pełen absolutnej wiary w prawdziwość mających za moment paść słów mówi: „Panowie, to jest zagraniczne auto i ono nie ma akumulatora.” Reakcję mężczyzn ze stacji zostawmy na boku, łatwo ją sobie zresztą wyobrazić. Pytanie brzmi: gdzie cwany producent Garbusów podstępem ukrył akumulator? Odpowiedź brzmi: pod tylną kanapą. Daję wiarę w to, że użytkownik takiego wehikułu będący jednocześnie zupełnym laikiem, mógł nie wpaść na obstawienie takiej akurat lokalizacji. Szczęście w nieszczęściu, że winna całej awarii okazała się rzeczywiście klema, która najzwyczajniej wypadła ze swojego miejsca na akumulatorze.

Rozwój kariery Tadeusza Brosia obrał nietypowy kierunek. Z konferansjerki u Hanki Bielickiej aktor przesiadł się na… konferansjera w klubie nocnym. Początkowo na samą propozycję zareagował nieskrywanym oburzeniem, jednak gdy usłyszał ile za taką pracę mógłby zarabiać… Po pół roku przesiadka do strip-klubu okazała się jednocześnie przesiadką do nowego Małego Fiata. Co w tamtych czasach ważne – kupionego za gotówkę! Można zatem powiedzieć, że przyszła gwiazda Telewizji Polskiej, uwielbiany przez masy dzieci Pan Teleranek, pierwszy nowy samochód zawdzięcza opowiadaniu kawałów facetom po kielichu i wspólnym występom ze striptizerkami. Ale były to w końcu czasy, gdy nowy samochód łatwiej było wygrać na loterii niż kupić. A’propos wygranych, Broś opowiadał raz o swej konferansjerce w Ciechocinku w noc sylwestrową. Występ jak występ, niby nic szczególnego gdyby nie fakt, że główną nagrodą w konkursie noworocznym było… źrebię. Z jednej strony rozumiem, w końcu czasy niedoboru, z drugiej jednak nie mogę uwierzyć, że łatwiej było zdobyć konia niż choćby poczciwą butelkę wódki.

W tamtym okresie Tadeusz Broś miał już żonę i malutkiego syna. Żona – z zawodu nauczycielka po pewnym czasie zrezygnowała z pracy, by móc towarzyszyć mężowi w niekończącej się trasie. Był to zresztą jedyny sposób, by małżeństwo w ogóle mogło się widywać. Dziś sprawa wożenia dziecka samochodem jest banalna, ale w czasach gdy nie istniały (przynajmniej u nas) foteliki samochodowe, jeżdżenie z małym dzieckiem wymagało nie lada zaradności. W tym przypadku, gdy jazda wypadała w nocy, Państwo Brosiowie układali na tylnym siedzeniu wanienkę, a do niej wkładali dziecko. Patent, choć dziś nie do wyobrażenia, okazał się skuteczny. Skuteczny na tyle, że był kontynuowany gdy Fiat 126p został zamieniony na koralową Zastavę 1100p.

Tadeusz Broś doszedł w końcu do dużych pieniędzy, a co za tym idzie, do dobrych samochodów. Jadąc pewnego ranka przez Mazury, rozbił jedno ze swoich aut. Mechanicy stwierdzili, że uszkodzenia owszem, można naprawić, ale należy liczyć się z czasochłonnym remontem silnika. Konferansjer stwierdził, że nie ma czasu na remonty generalne, a samochód jest mu potrzebny na już. Cóż było robić? Sowicie wynagrodzeni mechanicy wstawili zupełnie nowy silnik, a wóz był gotowy do odbioru wieczorem tego samego dnia.

Często słychać historie o 7 tłustych latach. U Pana Teleranka dobre czasy trwały znacznie dłużej. Niestety, pewnego dnia pomyślny czas dobiegł końca. Choć prawdę mówiąc, trudno tu mówić o „pewnym dniu”. Na ostateczne fiasko, utratę pracy i w końcu gigantyczne długi złożyło się wiele pewnych dni, a także pewnych imprez i pewnych napojów. W połowie lat 90. Broś zjawił się z Telerankiem na pokładzie Batorego. Odcinek zrealizowano podczas rejsu barbórkowego. Wokół było dużo górników, którzy podobnie jak redaktor prowadzący, nie wylewali za kołnierz. Jednak to on nietrzeźwy zasnął z papierosem w kabinie statku. Pożar strawił całe pomieszczenie. Brosiowi nic się nie stało, ale jak niebawem miało się okazać, Teleranek nakręcony na statku, był jego ostatnim. Później pracował m.in. jako redaktor naczelny Roweru Błażeja, jednak w grudniu 2007 roku, po zmianie władzy zarówno w parlamencie jak i w TVP, wręczono mu rozwiązanie umowy o pracę, bez okresu wypowiedzenia.

Do końca życia pod łóżkiem trzymał oponę po ostatnim Mercedesie, którego zresztą rozbił. Mercedes należał jednak nie do niego, a do korporacji taksówkarskiej, w której estradowiec zatrudnił się w 2008 roku. Szybko okazało się jednak, że taksówkarska pensja w najmniejszym stopniu nie wystarcza na spłatę kredytów, jakie Broś miał na głowie, a które zaciągnięte były jeszcze w nieodległych czasach, gdy zarabiał bardzo dobrze. „W zawodzie taksówkarza trzeba być trochę złodziejem i kombinatorem. Wtedy da się wyżyć” – mawiał. Sytuacja może miałaby się inaczej, gdyby pan Tadeusz jeździł swoim samochodem. Skoro go nie miał, musiał być zdany na łaskę przedsiębiorstwa, które dla taksówkarzy bez własnych aut przewidziało zupełne inne, mniej korzystne warunki. Kombinowanie szło Brosiowi bardzo słabo. W jednej korporacji taksówkarskiej wytrwał rok, w kolejnej niecałe pół roku. Nie można jednak nie wspomnieć o efektownym wydarzeniu, które zakończyło jego przygodę z niefortunnym zawodem. Korporacja podpisała umowę z firmą fotograficzną, wskutek czego na dachach taksówek zamontowano plastikowe atrapy aparatów. Nieotrzaskany z niestandardowym wyposażeniem taksówki kierowca złapał kurs do warszawskiego centrum handlowego Blue City. Wjeżdżając do parkingu podziemnego nie zauważył, że wjazd jest przeznaczony dla samochodów do wysokości do 2,20m. Mercedes wbił się w gipsowy strop, co zaowocowało nie tylko białą kurzawicą wkoło, ale przede wszystkim zmasakrowało sam samochód. Auto zostało zakleszczone, a dach wgiął się do wewnątrz. Broś wiedział, że to koniec pracy w roli taksówkarza.

Tadeusz Broś był pierwszą osobą fizyczną w Polsce, która po zmianie przepisów ogłosiła bankructwo. Skromne zarobki uniemożliwiały choćby spłacania odsetek od wciąż rosnącego długu. Pod koniec życia mawiał, że dba już tylko o opłacanie tego, co mogą mu odciąć, a więc Internetu i prądu. Zmarł nagle, 27 października 2011 roku, dzień przed swymi 62. urodzinami.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *