Olaf Lubaszenko i samochód-pułapka

Olafa Lubaszenki przedstawiać specjalnie nie trzeba. Mało kto nie wie o filmach takich jak „Poranek kojota” albo „Chłopaki nie płaczą”. Ale o przygodach samochodowych popularnego aktora i reżysera wiadomo powszechnie mniej, żeby nie powiedzieć: nie wiadomo nic a nic.

Lubaszenko twierdzi, że przyciąga niefortunne zbiegi okoliczności. Żeby nie pozostać gołosłownym, jest w stanie przytoczyć dziesiątki własnych niefortunnych historii, które mogą przytrafić się tylko komuś, kto zwyczajnie ma pecha. Nazywanie Lubaszenki pechowcem byłoby może nadużyciem, ale jak sam mówi – nigdy nie otworzy biznesu, bo plajta byłaby pewna. Nigdy też, wzorem kolegów po fachu, nie uruchomi stylowej restauracji, bo tę niechybnie strawiłby pożar. O ile bez własnej firmy czy knajpy żyć można, o tyle bez samochodu przy zawodzie wymuszającym częste przemieszczanie się, życie – choć wciąż możliwe – staje się dość skomplikowane.


Renault 5

W 1994 roku Lubaszenko był już uznanym aktorem. Regularnie grał w musicalu „Metro”, co dawało niezłe pieniądze. Wtedy też zakołatała mu do głowy myśl, że może warto byłoby zastanowić się nad pierwszym samochodem. Przeglądając ogłoszenia natrafił na auto, które go urzekło. Było to czerwone Renault 5, pięknie utrzymane, w niezwykle korzystnej cenie. Są czasem sytuacje, kiedy samochód wybiera człowieka. Tak właśnie było i tym razem, więc aktor chwycił za telefon i umówił się ze sprzedającym. Wychodząc z teatru zobaczył zajeżdżający właśnie pod budynek owoc francuskiej techniki. Z auta wysiadło dwóch dresów, którzy po przywitaniu się zapytali tylko: „Możemy dobić targu jutro?” Aktor zgodził się, Renault 5 odjechało, jak się jednak okazało po to, by na drugi dzień nie przyjechać. Jako, że lata 90. były naznaczone plagą kradzieży samochodów, jasne jest, że pojazd musiał być w jakiś sposób „lewy”. Kradziony, z przebitymi numerami, z całą pewnością nie pochodził od autoryzowanego dealera. A przynajmniej nie od niego mieli go wspomniani młodzi ludzie. Koniec końców artysta cieszył się, że znana twarz nie za dobrze łączy się z wciskaniem towaru o nie do końca jasnym pochodzeniu. Dzięki niej do serii niefortunnych historii nie mógł sobie dopisać udziału w paserstwie. Tym niemniej, straconej okazji żałował. Nauka z opisanej sytuacji płynęła dość prosta: samochód, owszem, kupić trzeba, jednak niech to będzie coś zupełnie przeciętnego. Dobry solidny wóz, ale zupełnie nie rzucający się w oczy. Coś, czego po ulicach w latach 90. jeździło na pęczki. Wybór padł na Opla Kadetta.


Opel Kadett. Mniej więcej takiego szukał O. Lubaszenko

Lubaszenko udał się do jednego z popularniejszych wówczas komisów w Warszawie. Właściciel – sympatyczny, zdrabniający każdy możliwy rzeczownik facet, wysłuchał uprzejmie wymagań klienta: Auto za 7000 zł, no, powiedzmy do 8000 zł (w przeliczeniu na dzisiejszą wartość), Opel Kadett albo coś podobnego, najlepiej diesel, najlepiej tani w utrzymaniu, pospolity.

-Samochodzik? Opelek? Kadecik? Oczywiście! – czarował sprzedawca. Ale zobacz. Ja mam tutaj taki amerykański wozik. Chryslerek, kabriolecik.

Chryslerek kabriolecik (model LeBaron, jak się miało za chwilę okazać) zdecydowanie nie był tym, czego Lubaszenko szukał. Pomijając koszt zakupu zdecydowanie przewyższający założony budżet, Chrysler nie należał wówczas do najpospolitszych samochodów w Polsce. Ba! Nie należał nawet do pospolitych. Szczerze mówiąc daleko mu było nawet do aut jakie na ulicach widywało się od czasu do czasu. Chrysler LeBaron to coś, czego wówczas po prostu nie było. Dziś jest to przesiana rzadkość. Wówczas – cóż, jeśli już ktoś brał się za prywatny import, to rzadko stawiał na przydatnego kilka miesięcy w roku, dziko żłopiącego paliwo kabrioleta. Pan Olaf wsiadł jednak do skądinąd pięknego wozu. Pełna skóra, błyszczące chromy, wypolerowany granatowy lakier, zapach luksusu, słowem – kawałek Ameryki w twoim garażu. Na jazdę próbną dał się namówić, choć wiedział z góry, że z zakupu i tak nici: raz – nie ten przedział pieniężny, dwa – nie te oczekiwania. Sama myśl o mającej się za chwilę odbyć jeździe próbnej była powodem niemałego stresu. Ale nic to. Samochód to nie chleb – macanego wcale kupować nie trzeba. Ruszyli więc. Lubaszenko za sterami, sympatyczny właściciel komisu na miejscu pasażera. Kierunek: „Brameczka, żeby zrobić kółeczko”. Aktor prawo jazdy miał – a jakże. Z doświadczeniem było już gorzej. Jeździł co prawda jakimiś samochodami, na przykład w „Sonacie marymonckiej” z 1988 roku, której akcja toczy się w latach powojennych. Na planie tegoż filmu Lubaszence przyszło używać ciężarówki z lat 40., która zanim zmuszona została do skrętu, wymagała użycia dość konkretnej siły. O wspomaganiu nikt wówczas nie słyszał. Inżynierowie projektujący kilka dekad później LeBarona – już tak. Pamiętający opór starodawnych ciężarówek aktor, analogiczną siłę postanowił wywrzeć na układzie kierowniczym Chryslera. Zaowocowało to uderzeniem w bramę, a więc obdarciem całego lewego boku. Chcąc wyjść z sytuacji z twarzą, artysta przystał na propozycję nie do odrzucenia zakładającą kupno zniszczonego kabrioletu. Możliwości negocjacyjne były dość marne. Po zapożyczeniu się, Lubaszenko mógł odjechać nowym nabytkiem. Prosto do warsztatu. Przyznał, że pieniądze przeznaczone na LeBarona oraz na naprawę starczyłyby nie na jednego, a na dwa kilkuletnie wówczas Kadetty.


Chrysler LeBaron

Pechowa historia jeszcze tego dnia została opowiedziana chwilę przed spektaklem aktorom z „Metra”. Janusz Józefowicz – reżyser, dopytał o jaki model chodzi, po czym odparł, że kilka godzin wcześniej w innym komisie… kupił taki sam za identyczne pieniądze. Różnica była tylko taka, że LeBaron Józefowicza był brązowy. Jak się miało niebawem okazać, rozbieżności były w gruncie rzeczy dwie. Druga polegała na tym, że brązowy egzemplarz chodził jak zegarek. Chrysler Lubaszenki psuł się bez ustanku.

Pierwsza usterka przydarzyła się krótko po naprawie blacharskiej. Był to czas kiedy świeżo upieczony nabywca jeździł po kraju ze sztuką Sławomira Mrożka „Emigranci”. Podczas jazdy na występ do Słupska, przytrafiła się usterka, która najbezpieczniejszy samochód może zmienić w rozpędzonego tarana. Gdy auto dojeżdżało do ostrego zakrętu wyłączyło się wspomaganie kierownicy. Samochodem, w którym wspomaganie postanowi paść jechać można, owszem. Można nawet kręcić kierownicą. Sęk w tym, że trzeba w to włożyć wiele siły, bo kółko nie bardzo chce się kręcić. Awaria przytrafiła się naprzeciwko kościoła, przed którym stała para młoda otoczona wiwatującymi gośćmi. Aktorowi udało się poprawnie wprowadzić samochód w zakręt unikając weselnej masakry, ale zakwasy jakich się w jednej chwili nabawił, dokuczały mu przez długi czas.

Inne uszkodzenie powstało już z winy samego właściciela. Trasa z Trójmiasta, nieopodal Ostródy. Niemiłosiernie długi korek. Z lewej, tak jak i z prawej strony – las. Nic tylko słuchać muzyki i palić papierosy (o ile się pali). Lato, a więc upał. W takiej sytuacji grzechem byłaby jazda z zamkniętym dachem. Korek lekko rusza, Lubaszenko odruchowo wyrzuca niedopałek za okno. Po jakimś czasie niepokoi go dobiegający z zewnątrz swąd. Nie trzeba być wybitnym logikiem, by gorącą porą łącząc odpowiednie fakty dojść do wniosku, że gdzieś całkiem niedaleko płonie spory kawałek lasu. Aktor zajechał pod najbliższy bar, wszedł do środka, oznajmił co i jak, że panowie, dzwońcie pod 998, bo mamy tu pożar. Pełną powagę przykładnego obywatela mężczyźni skwitowali głośnym śmiechem połączonym z pokazywaniem czegoś za oknem. Okazało się, że to nie las był w płomieniach, a tylna kanapa nieszczęsnego Chryslera.

Rozsądek podpowiadał już dawno, by samochód sprzedać. Tylko kto chciałby jeździć wozem z dziurą wypaloną w tylnym siedzeniu? Dziś wymagane elementy znalazłyby się jak nie na pierwszym, to na dwudziestym pierwszym złomowisku. Ostatecznie mamy sklepy, całe firmy potrafiące ściągnąć skąd trzeba każdą potrzebną część. Ale wtedy? Zakup oraz sprowadzenie kanapy i przedniego fotela, jak się miało okazać, wiązało się z kosztem zbliżonym do wartości samego samochodu.

Jednak nawet wtedy dzielny aktor nie dał za wygraną i choć coraz bardziej sceptyczny, to jednak postanowił jeszcze pojeździć amerykańską tykającą bombą. Zdarzenie, które przepełniło czarę goryczy miało nadejść bardzo szybko. Lubaszenko był w drodze do Kępna, gdzie w duecie z Cezarym Pazurą znów mieli wcielić się w postaci AA i XX w dramacie „Emigranci”. Pazura, korzystając z pięknej pogody i dobrej trasy, postanowił porządnie rozpędzić wóz kolegi. Nic złego nie działo się do prędkości 150 km\h, kiedy to wszystko co tylko mogło paść – padło. Łącznie z silnikiem, który kapitulację zasygnalizował niezwykłym hukiem. O dalszej jeździe nie było mowy. Szczęśliwie miejscowy mechanik podjął się niełatwego remontu, który – a jakże inaczej – pochłonął kolejną stertę pieniędzy.

Warto wspomnieć, że podczas którejś z napraw, mechanicy odkryli w jakimś zakamarku z tyłu pojazdu… słoną wodę. Słoną, a więc – morską. Było odtąd jasne, że LeBaron, moczony swego czasu w morskiej, a może i oceanicznej wodzie, po prostu musiał się psuć. Cała pokaźnych rozmiarów elektronika, wszystkie układy, nawet jeśli po remontach i wymianach, przesiąknięte były zabójczą wilgocią.

Od razu po naprawie silnika Lubaszenko pojechał prosto do warszawskiego komisu. Tego samego zresztą, w którym kupiony został „Chryslerek kabriolecik”. Właściciel zakładu kręcąc nosem powiedział, ze owszem, auto wciąż ma klasę i dobrze się prezentuje, ale to przecież cabrio, a po co komu w Polsce cabrio? Poza tym ani części do tego, ani to nieekonomiczne i w ogóle „kto kupi takie gówno”? Ostatecznie przyjął samochód, a Lubaszenko odzyskał niemal całą sumę za jaką uprzednio nabył wóz. Nowemu właścicielowi Chrysler spłatał figla tuż za bramą komisu. Silnik ponownie trafił szlag.

Od tamtego czasu minęło ponad 20 lat, a Olaf Lubaszenko zdążył zaliczyć niejeden samochód. Miał Mercedesa, Jaguara ale był też czas na Seaty albo na terenowe Subaru. Aktor ma słabość do Lexusów. Przyznaje, że jego ulubionym modelem jest IS 300, którym jeździł z ochotą, ale zmuszony był sprzedać, po tym jak z niego… wyrósł. I to w dosłownym, jak mówi, fizycznym znaczeniu. W 2015 roku jeździł Citroenem DS5. Pierwszym samochodem, który kupił głównie dlatego, że mu się po prostu podobał.

Przypuszczam, że nawet gdyby DS5 nie grzeszył urodą, to i tak w każdym względzie wygrałby z amerykańskim topielcem LeBaronem.

 


Citroen DS5

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *