#1 Garażu otwórz się! – Ford Transit pickup

Z Albertem spotykam się w środowy wieczór. Ostatnie dni są ciepłe, czego nie można było powiedzieć o lipcowych, kiedy to pierwotnie miało odbyć się nasze spotkanie. Lipiec minął pod znakiem deszczu, a jak wiadomo, wielu miłośników starych samochodów nie rusza ich gdy na zewnątrz leje. Ta zasada tyczy się też Alberta i jego Transita. Bo chociaż Transit to nie kabriolet, to temu konkretnemu egzemplarzowi zmoknięcie grozi mu o wiele bardziej, niż innym.

Przeróbki samochodów to z reguły nie moja bajka. Efekty takich eksperymentów zazwyczaj są estetycznie mizerne, a w gorszych przypadkach skutkują zmarnowaniem ciekawego samochodu. No chyba, że przeróbka ma sens. Chyba, że wygląda elegancko, chyba, że patrząc na efekt niemałej pracy mówisz do siebie: że też producent sam nie wpadł na takie rozwiązanie!
Taka właśnie myśl naszła mnie gdy zobaczyłem Forda Transita w wersji pickup. To nie było takich? No nie było. Owszem, producent dawał możliwość kupna Transita pod zabudowę. Właściciel za kabiną mógł wówczas zamontować skrzynię, zabudowę izotermiczną czy co tam innego pragnął. Ale prawdziwego pickupa Transit nie oferował.

Z Albertem – właścicielem bordowego dostawczaka, zachodzimy w głowę dlaczego Ford nie wyszedł na przeciw oczekiwaniom klientów i nie wprowadził modelu o takim nadwoziu do swojej oferty. Chętni raczej by się znaleźli, w końcu pickupy choćby na bazie analogicznego Volkswagena Transportera cieszyły się sporym powodzeniem.

Odpalony silnik klekocze bardzo przyjemnie. Pod maską tkwi jednostka napędowa z nieco nowszego Transita, ale to wciąż stary fordowski diesel. Nie będę bawił się w wyrazy dźwiękonaśladowcze. Powiem tylko, że tak właśnie powinien brzmieć prawdziwy ropniak! Wsiadam do środka i w chwilę po usadowieniu się w fotelu żałuję, że za moment będę musiał wysiąść. Zanim Albert wciśnie gaz, by przetoczyć się kawałeczek dalej, gdzie swobodnie będzie można zrobić kilka zdjęć, do samochodu podchodzi młody chłopak. Albert otwiera drzwi. Nieznajomy pyta o samochód, a wiadomość o tym, że to przeróbka przyjmuje z uznaniem. Gratuluje ciekawego samochodu, Albert zamyka drzwi.

Często zdarzają się takie sytuacje? – pytam.
Prawie cały czas – odpowiada Albert.

Ludzie podchodzą, zagadują, robią zdjęcia. Nic dziwnego, drugiego takiego egzemplarza ze świecą szukać. Wnętrze – jak to w kabinie samochodu dostawczego. Miejsca jest pod dostatkiem, nad głową przy suficie mieści się klimatyzacja. Pytam skąd jest.
Z samochodu ciężarowego – pada odpowiedź.
Miękkie, czerwone fotele, zestaw dobrych głośników, a w razie znudzenia dłuższą jazdą, pasażer może skorzystać z odtwarzacza DVD. Samochód toczy się miękko, jest dobrze resorowany, a kabina została podwójnie wygłuszona. Mimo wszystkich wygód Albert nie ukrywa, że Transit nie jest najlepszym samochodem na dalekie dystanse. Najdłuższa podróż?

Do Krakowa i z powrotem. Drogi nie ubywa. Wyprzedzanie wykluczone – śmieje się Albert. Na dalsze wypady lepsze są inne samochody, ale o tym później.

Samochód został wyprodukowany w Niemczech w 1982 roku. Kiedy dokładnie trafił do Polski – nie wiadomo. Jak mówi właściciel najciekawszego Transita w Polsce – co się z nim działo, wie tylko on sam. Wiadomo, że to wersja skandynawska. W praktyce wiąże się to z tym, że pod maską umieszczone są dwa akumulatory. Miały zagwarantować odpalenie nawet w tęgim, skandynawskim mrozie. Dlaczego auto do Polski trafiło zatem z Niemiec, a nie z północy? Czy w ogóle widziało Skandynawię? Tego nie wiadomo.

Skąd w ogóle pomysł na zakup tak nietypowego samochodu? Albert mówi, że w 2015 roku po prostu znalazł ogłoszenie, a sam pomysł aranżacji furgonetki na pickupa bardzo mu się spodobał.

-Pomyślałem – dlaczego nie! – mówi. Po auto pojechał do Krakowa. Nie kupił go od razu, ale już w drodze powrotnej wiedział, że się zdecyduje. Po przeanalizowaniu sytuacji Albert stwierdził, że nie ma co zwlekać i tydzień później Ford stał już w jego garażu. Transit-pickup był wówczas niedokończonym projektem, choć przyznać trzeba, że do finału zabrakło bardzo niewiele. Poprzedni właściciel przerobił samochód odcinając mu dach, dokonał niemałych modyfikacji i tak na prawdę, to on poniósł największe koszty związane z remontem. Wiele rzeczy zlecał profesjonalnym warsztatom, a to jak wiadomo, nie obniża kosztów renowacji. Wóz dostał nowe malowanie, a także sporą dawkę wyposażenia o jakim w 1982 roku samochodom dostawczym nawet się nie śniło. Prezentowany Transit jest pewnie jedynym z lat 80. egzemplarzem, w którym poza wspomnianym systemem audio oraz klimatyzacją znajdziemy elektryczne szyby, centralny zamek i alarm. Poprzedni właściciel zadbał o lepsze właściwości jezdne poprzez zamontowanie wspomagania (zaadaptowanego nie bez kłopotów z naszego krajowego Lublina). Podczas remontu fotele zyskały nową, pikowaną tapicerkę ze skaju, a kabinie doszły potężne lusterka boczne, które, choć nie oryginalne, nie psują wizerunku auta.

Transit, mimo że prawie skończony, wymagał jeszcze sporo pracy. Należało m.in. poprawić sprzęgło, zająć się instalacją elektryczną, zabezpieczyć przestrzeń ładunkową tak, aby nie zagrażała jej woda. Tu wybór padł na farbę, która uniemożliwia podłodze przyjmowanie wody. W fabrycznych pickupach, zaprojektowanych w takiej formie od początku do końca, tego typu zabiegów stosować nie trzeba. W tym wypadku jest inaczej. W 2016, a więc rok po zakupie, Ford był gotowy.

Czy Ford Transit II generacji, choćby w najzwyklejszej seryjnej wersji, jest godny polecenia dla kogoś, komu zależy na niecodziennym starym samochodzie?
-Minusem jest brak części – mówi Albert. Oczywiście elementy podstawowe, takie jak klocki hamulcowe można dostać zawsze. Najgorzej, jak to zwykle bywa, jest z detalami, które nie są dostępne nawet w serwisach Forda. Na szczęście dużo elementów jest dość prostych, co umożliwia ich w miarę łatwe rzemieślnicze wytworzenie, a przy sprzyjających warunkach zmęczone części można zregenerować.

Plusem posiadania tego konkretnego samochodu jest żywe zainteresowanie, które niekiedy wykracza poza typowe przejawy sympatii. Do Alberta zgłosił się swego czasu jeden z producentów cydru. Powodem była chęć wykorzystania Transita jako ruchomej reklamy. Skoro auto samo z siebie przyciąga uwagę, to co by się działo, gdyby na pace postawić np. beczki z cydrem? Do realizacji tego pomysłu jednak nie doszło, ale udało się wykorzystać auto w inny, nie mniej ciekawy sposób. Pewnego razu pickup posłużył bowiem… nowożeńcom. Jako, ze trasa przejazdu była krótka, na tyle auta ustawiono dwa krzesła, które zajęli państwo młodzi.

Przykład Transita potwierdza teorię, że posiadając leciwy samochód dobrze jest umieć przy nim nieco przy nim zrobić. A z tym akurat Albert nigdy nie miał problemu.
Moim pierwszym samochodem był kupiony w 1987 roku Maluch. W zasadzie kupiłem samą karoserię, zdobyłem części i samodzielnie złożyłem w całość.

Smykałkę do prac mechanicznych dostrzegł tato Alberta, który zaproponował, żeby syn i jemu złożył jakiś samochód. Albert przyjął wyzwanie i poskładał Poloneza. Zasilał go silnik diesla z Isuzu Gemini. Od 1987 roku minęły 3 dekady, w trakcie których przez ręce Alberta przewinęło się wiele samochodów.

-Miałem parę fajnych samochodów w życiu. I cały czas mam – mówi Albert.
Jeździł Fordem Mustangiem z 1965 roku, miał BMW 635 CSi, a nawet Porsche 911, które nazywa „największym rozczarowaniem”. Zdecydowanie odmienne zdanie ma na temat sportowego Subaru SVX.
To był wspaniały samochód. Rzadki, z napędem na wszystkie koła, jeździło się nim rewelacyjnie.

Subaru SVX rzeczywiście jest samochodem nietuzinkowym. Wyprodukowany w liczbie nie przekraczającej 25 000 egzemplarzy, z czego do Europy trafiło mniej niż 2 500. Ponad 200-konny silnik z łatwością rozpędzał auto do przeszło 200 km/h.

Subaru sprzedałem miesiąc temu, ale zaraz coś kupię. Życie nie znosi próżni. – kończy naszą rozmowę Albert.

Patrząc od przodu, jedynie szerokie lusterka zdradzają jakiekolwiek modyfikacje.
Transit pickup powstał po obcięciu dachu
Dzięki renowacji miękkie fotele zyskały nową tapicerkę.
W długich podróżach przydatny okazuje się system audio, a nawet odtwarzacz DVD.
Ciekawostka: prędkościomierz skalowany jest co 10 kilometrów.
Jako jednostka napędowa posłużył silnik z nowszego modelu.
Przestrzeń ładunkowa zabezpieczona została tak, by nie zagrażała jej woda.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *